
today's note is sponsored by: Ian Brown - Just like you
Przeczytałam i obejrzałam materiały o Web 3.0 na platformie i wciąż nie byłam pewna o co tym ludziom chodzi. Aż trafiłam na ten artykuł.
Web 3.0, w skrócie, pomysł na pozbawienie nas kłopotu dłużących się poszukiwań w sieci. Sieci semantyczne wyszukiwałyby informacji na nasz temat ze wszelkich źródeł i łączyły je z zadaniami, jakie chcielibyśmy im powierzyć. Niemalże 100% personalizacji.
Wyobraźmy sobie, że wybraliśmy się na zakupy, jesteśmy w parku rozrywki, siedzimy w teatrze bądź podróżujemy. Przy sobie mamy urządzenie bezprzewodowe z możliwością komunikacji z internetem (np. telefon, PDA). Razem z nami podróżuje nasz osobisty asystent - aktywny, inteligentny program umieszczony na tymże urządzeniu, któremu możemy zlecać szereg zadań. Dla przykładu, w momencie gdy przechadzamy się w centrum miasta lub pobliżu sieci sklepów, możemy poinstruować naszego asystenta, aby znalazł nam sklepy, które posiadają artykuły nam potrzebne (oraz być może nawet wynegocjować zniżki lub wyszukać najtańsze), znaleźć restauracje (które by nam odpowiadały oraz zarezerwować miejsce dla nas) lub pomóc zlokalizować przyjaciół, którzy mogą również być w tym rejonie. Nasz asystent mógłby natychmiastowo dokonać zakupów, porównać ceny poszukiwanego produktu w pobliskich sklepach lub nawet w sklepach internetowych, a co najważniejsze oszczędzić mnóstwo czasu.
Brzmi cudownie?
Owszem, ale z drugiej strony jak bardzo może nas to rozleniwić? Sama często łapię się na tym, że nie chce mi się sięgać po telefon, żeby sprawdzić czyjść nr telefonu i namiętnie poszukuję go na liście ostatnio wysłanych z sieci smsów. Coraz częstsze jest uzależnienie od internetu. Jeśli szczerze przyjrzymy się ile czasu trwonimy zupełnie bezproduktywnie przed ekranem naszego laptopa/iPada/whatever, niektórzy z nas mogą się przerazić. Co stanie się, gdy sieć będzie potrafiła za nas załatwić prawie wszystko? To wspaniale, że będzie można np. uniknąć niektórych czasochłonnych wypraw po rzeczy, których możemy w danym miejscu wcale nie dostać, ale z drugiej strony, czy nie przyklei nas na stałe do naszych małych gadżetów? Czy potraficie z czystym sercem powiedzieć, że jesteście w stanie w kontrolowany i produktywny sposób korzystać z dzisiejszych dobrodziejstw internetu? Bo ja niestety nie.
today's note is sponsored by: The Decembrists - Engine driver
today's note is sponsored by: Barrie Gledden - Sex appeal
Ktoś napisał na forum na platformie naszego cudnego kursu, że jego ulubioną stroną www jest grono (naprawdę głupio się jakos czuję musząc wracać do tematyki blogów i grona, może zwyczajnie się starzeję...).
Moja pierwsza myśl: Pff, grono? Kto używa jeszcze grona?
No dobrze, ale już 2 lata temu Grono osiągnęło 2 miliony użytkowników, więc chyba jednak coś jest na rzeczy...
today's note is sponsored by: Anorexia Nervosa - Todos somos maricones
today's note is sponsored by: Peter, Bjorn & John - Young Folks
Wczoraj wrzuciłam na fejsbuka link do poprzedniego wpisu, i co? I już nawet komentarze do niego pojawiły się nie na samym blogu, ale na fejsbuku właśnie. Mam wrażenie, że fejsbuk "zasysa" już wszystko po drodze.
Postanowiłam przekonać się jak prosto jest "podłączyć" wszystko do fejsbuka. W tym celu postanowiłam wstawić sobie na bloga przyciski like it, facepile i reccomend. Wszelkie istrukcje, po krótkich poszukiwaniach, odnalazłam tutaj
Bułka z masłem.
Mamy więc już możliwość podłączenia pod fajsbuka praktycznie jakiejkolwiek strony. Oczywiście, równie prosto możemy "podłączyć" ją pod inne portale, np. twitter, blip, delicious.com (według opisu na stronie to the biggest and tastiest collection of bookmarks in the universe), czy też "zaśledzikować" stronę na nk (choć nie wiem czy śledzik jeszcze działa, bo z nk miałam niewiele wspólnego i dawno już zapomniałam loginu i hasła).
Po co to wszystko? O czym świadczy?
Przychodzą mi do głowy cząstkowe odpowiedzi typu: o zacieśnianiu się globalnej sieci połączeń. Im więcej "miejsc" tworzy się w wirtualnej przestrzeni, paradoksalnie, tym prościej do nich dotrzeć. Portale społecznościowe łączą już nie tylko ludzi jako jednostki, co było teoretycznie ich początkowym przeznaczeniem, ale także całe organizacje, firmy, instytucje. Oprócz tego stały się gigantyczną bazą wymiany linków. Z fejsbuka można dotrzeć już dosłownie wszędzie. Do każdego zakamarka sieci. Wystarczy, że ktoś zalinkuje stronę na swjej tablicy. Chociaż w większosci przypadków jest jeszcze prościej, wystarczy kliknąć już istniejące na stronie I like...
Czy wszystkim się to podoba?
Oczwiście, że nie. Niektórzy widzą w portalach społecznościowych wielki potencjał dla rozwoju biznesu...
...inni z przerażeniem uciekają przed odkrywaniem swoich "intymnych zakątków" na szerszym forum...
Jednak niezależnie od tego czy postaramy się wykorzystać panowanie fejsbuka czy też ograniczyć jego wpływ na nasze wlasne poczynania, jedno jest pewne - zawisko to nie jest już w stanie umknąć nam niezauważone.
today's note is sponsored by: My Chemical Romance - Planetary (GO!)
Jak widać - reaktywacja, trochę wymuszona, ale jednak...
Słowem wstępu, prowadziłam tego bloga przez ponad 6 lat (wow, aż mi się wierzyć nie chce), aż gdzieś, jakoś, z bliżej niesprecyzowanych powodów, zamarł w kwietniu zeszłego roku. Nie ukrywam, że w ramach zadania na studiach (tak, Dżej wieczna studentka, zaplątała się w dwa kierunki i nadal męczy się na V roku drugiego z nich) miałam do wyboru albo przeanalizować czyjść blog, albo stworzyć własny i zapisać na nim kilka przemyśleń na temat Web 2.0. Szczerze, nie chciałam wracać w świat blogów ani poprzez czytanie ani pisanie, ale z dwojga złego wolę już sama coś naskrobać.
Jak już wspomniałam, blog zamarł prawie rok temu. Wtedy też zniknęły z niego wszystkie moje linki do znajomych, ulubionych zespołów, odwiedzanych stron. Czemu? Po pierwsze, przestałam czytać cudze blogi. Nie dlatego, że nie byłam ciekawa co słychać u znajomych, ale moje wirtualne życie towarzyskie przeniosło się prawie w całości na fejsbuka. Czasem, owszem, podczytywałam też blogi osób mi nieznanych, ale teraz już mnie nie ciekawią. Nie "chodziłam" nigdy po blogach śliśle tematycznych, bo wolałam czytać te zabawne, a w ramach szukania czegoś w konkretnej tematyce, przeglądać jednak stron w innej formie niż blogi. Mimo że jeszcze w zeszłym roku na pewnej konferencji zachęcali mnie do czytywania blogów prowadzonych przez innych nauczycieli angielskiego, gdyż można się z nich wiele nauczyć. Podobno. Nie wiem, nigdy się za to nie zabrałam. Czuję trochę jakby mók "czas" blogowy dobiegł końca, czy też dotarł do punktu mocnego ograniczenia.
Bo właściwie po co czytać blogi?
Kiedyś wzruszały mnie opisywane tam historie nieuleczalnie chorych, bawiły perypetie w związkach albo przygody psotnych zwierzaków, ciekawiły przemyślenia znajomych. Istnieje przecież jednak masa innych powodów do czytania blogów. Jak choćby wspomniane wyżej czerpanie informacji/wskazówek od ludzi zajmujących się tym samym co ja. Są blogi polityczne, które czyta się prawie jak codzienną gazetę, ale w przeciwieństwie do gazety, opinie mogą tam być subiektywne do bólu a z autorem można się osobiście pokłócić, zamiast wygrażać mu pod nosem trzymając w ręku kawałek papieru. Są inne blogi tematyczne, np. opisujące podróże (do tego celu w ogóle istnieje oddzielny portal blogowy http://www.mytravelblog.pl/) lub życie w na obczyźnie, z których też czerpiemy pewną wiedzę. Pożyteczne mogą okazać się blogi z recenzjami np. filmów bollywoodzkich ;)
A ja? Ja chyba jednak teraz wolę czytać gazety lub książki w środkach komunikacji miejskiej, ale kto wie...